O autorze
Dziennikarz muzyczny i informacyjny. Współpracuje z mediami regionalnymi i ogólnopolskimi.

"Wyzwanie? Samotna podróż do Iranu" - wywiad z Patrycją Borzęcką

"W moim dzienniku trzymam suszone liście herbaty, które przywiozłam z Palestyny. Kartki są przesiąknięte ich zapachem. Na końcu znajduje się cytat: "Dokąd zmierzamy my, którzy przemierzamy pustkowia w poszukiwaniu lepszych siebie."" - mówi nam w wywiadzie Patrycja Borzęcka, fotograf, podróżnik, autorka bloga "Archiwa Podróży".

Mateusz Grzeszczuk: Jeszcze niedawno siedzieliśmy obok siebie na zajęciach na uniwersytecie, dzisiaj wydaje mi się, że chyba nie usiedziałabyś na miejscu ani chwili (śmiech). Chyba się nie mylę?

Patrycja Borzęcka: Zgadza się (śmiech). Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to się tak się potoczy. W pewnym momencie podjęłam jednak kilka radykalnych decyzji. Zmieniłam miejsce zamieszkania, zaczęłam wszystko na nowo i postanowiłam, że zacznę spełniać swoje marzenia. Zupełnie uzależniłam się od podróżowania i zaczęłam łączyć to z pasją dziennikarską. Dzisiaj wydaje mi się, że moje życie już na zawsze związało się z podróżowaniem i pisaniem o ludziach, kulturach, wydarzeniach.

Który z wyjazdów dotychczas wzbudził w Tobie największy strach i obawy?

Największe obawy wzbudza we mnie wyjazd, który zaplanowałam na jesień tego roku. Będzie to samotna podróż do Iranu. Wbrew pozorom obawy nie są wynikiem tego, że jadę do Iranu. Obawiam się wielu prostych rzeczy, a przede wszystkim tego, że mogę nie dostać wizy. Zdobycie wizy irańskiej nigdy nie jest łatwe, a dla samotnie podróżującej dziewczyny to wyzwanie naprawdę dużego kalibru. Niestety kobieta w tym przypadku ma pod górkę. Jestem na początkowym etapie starania się o wizę i już musiałam zmagać się z wieloma problemami formalnościowymi. Zawsze w podróżach najbardziej przeraża mnie ta cała biurokracja (śmiech). Reszta nie jest wcale taka straszna. Wszystko zwykle toczy się naturalnym tempem. Przeważnie to nasze własne wyobrażenia i medialna propaganda kreują te obawy przed innymi kulturami. Sama nieraz się o tym przekonałam, szczególnie w krajach arabskich. Do tej pory nikt nigdy nie potraktował mnie tam źle i bez szacunku. Wręcz przeciwnie. W Palestynie zostałam ugoszczona, nakarmiona i lokalni mieszkańcy udzielili mi naprawdę dużo pomocy. Dlatego zawsze staram się podchodzić do moich wyjazdów racjonalnie i nie ulegać negatywnym stereotypom.


Jak udaje ci się w trakcie twoich podróży przełamywać stereotypy, różnice kulturowe, religijne?

Do tej pory nie miałam z tym problemów. Nie dzielę ludzi na białych i czarnych, czy nawet wierzących i niewierzących. Dzielę ich na dobrych i złych. Jeżeli spotykam na swojej drodze tych pierwszych, to różnice kulturowe czy religijne tak naprawdę nie mają znaczenia. Zawsze szanuję kulturę, do której jadę. Jeśli jestem gościem w innym kraju, to przestrzegam panujących tam obyczajów. Myślę, że to powinno działać w obie strony, czyli również ludzie odwiedzający Polskę powinni stosować się do panujących tu zasad. Wszystko wtedy jest dużo łatwiejsze. Oczywiście czasem zdarzają się pewne perypetie na tle kulturowym, ale zwykle są to zabawne, nieszkodliwe sytuacje. Myślę, że prawdziwe problemy na tle kulturowo-religijnym mogą pojawiać się dopiero w przypadku pobytu na stałe lub podczas długich wyjazdów. Wtedy faktycznie np. codzienne noszenie hidżabu może być dla Europejki uciążliwe. Jest wiele krajów, w których z powodu odmiennej kultury nie mogłabym mieszkać, ale pobyty czasowe nie są problemem. Mam też jedną ważną zasadę: czytać i jeszcze raz czytać. Zawsze przed wyjazdem staram się przeczytać jak najwięcej książek o danym miejscu. Wtedy wiem czego się spodziewać.


Zdecydowałaś kiedyś z dnia na dzień o wyjeździe?

Nigdy z dnia na dzień nie wyjechałam w dalszą wyprawę. Było to dość trudne przy moim trybie życia. Jednak raz podjęłam bardzo spontaniczną decyzję w trakcie podróży. Byłam wtedy na Atlantyku, żeglowałam w okolicach Północnej Afryki. Miałam wracać na następny dzień do Polski. W pewnym momencie załoga zaczęła namawiać mnie, bym została jeszcze tydzień. To był grudzień. W Polsce padał śnieg, było zimno i czekały mnie obowiązki. W Afryce natomiast mieliśmy upały, graliśmy na gitarze i przeżywaliśmy morskie przygody. W jednym momencie zadecydowałam, że wyrzucam stary bilet lotniczy i kupuję nowy. Zostałam. Wtedy mogłam sobie na to pozwolić, ale takie sytuacje nie są częste. Odkąd podróżowanie stało się moim stylem życia, żyję w dwóch rzeczywistościach. Jedna jest tam, w podróżach. Druga jest tutaj, w Polsce. To nie jest tak, że mogę spędzać pół roku w podróży i jednocześnie prowadzić tutaj zupełnie normalne życie. Gdy wracam z wypraw, zawsze muszę nadrobić kolosalną liczbę rzeczy. Realizuję zaległe zlecenia fotograficzne, piszę artykuły i ciągle jestem w biegu. W takiej sytuacji ciężko jest podjąć spontaniczną decyzję o kolejnym wyjeździe. Ostatnio jednak trochę zwolniłam tempa i ograniczyłam częstotliwość podróży, dzięki czemu powoli odzyskuję równowagę.

Tak sobie czytam i wydaje mi się, że nie możesz sobie pozwolić na jakieś bujne życie towarzyskie, że na podróżach mogą ucierpieć twoi najbliżsi. Ale za pewne kolejne bratnie dusze nabywasz wraz z wyruszeniem w każdą wyprawę?

Myślę, że moim najbliższym było najciężej w momencie gdy zaczynałam podróżować. Przeżywali wtedy każdy mój wyjazd. Często słuchali doniesień medialnych. Kiedyś miałam wylot z Tel Awiwu gdy akurat zaczął się ostrzał lotniska. Oczywiście w telefonie brakowało zasięgu, a moja rodzina oglądała wszystko w telewizji. Nie było to na pewno łatwe. Z czasem jednak rodzice zaczęli nabierać dystansu. Obecnie bardzo mnie wspierają, czytają moje relacje i cieszą się, że poszłam tą drogą. Ich dom jest pełen pamiątek z moich podróży. Jeżeli chodzi o życie towarzyskie, to rzadko chodzę na imprezy i nie prowadzę typowego życia towarzyskiego. Moim życiem towarzyskim są prezentacje podróżnicze, które organizuję i zjazdy podróżników, reporterów, korespondentów wojennych. Czas wolny poza wyprawami poświęcam pisaniu, rozwijaniu nowych umiejętności i uczeniu się języków. W trakcie wypraw faktycznie poznaje się wielu ludzi i dzieją się niezapomniane historie. Kiedyś zupełnie przypadkiem spotkałam Przemka Skokowskiego (autor strony Autostopem Przez życie - red.)... pod Skałą Gibraltarską. Szedł z wielkim plecakiem, a ja akurat szykowałam się do wyruszenia w morze. Oboje byliśmy bardzo zaskoczeni. Znaliśmy się wcześniej z Polski, ale spotkaliśmy się na drugim końcu Europy. Usiedliśmy w porcie, wypiliśmy wino, a następnego dnia każdy ruszył w swoim kierunku. Ja popłynęłam w morze, gdzie poznałam kolejnych ludzi. W dniu wypłynięcia nie znałam nikogo. Dwa tygodnie później wszyscy byliśmy już jak najlepsi przyjaciele. Na jachcie ludzie żyją wspólnie na małej przestrzeni. Jedzą, pracują, walczą z żywiołami. W czasie sztormów i innych trudnych warunków poznaje się ich takimi, jakimi są naprawdę. Wychodzi wtedy kto jest wytrwały i opanowany, a kto chowa się pod pokładem. Tutaj nie da się ukryć pewnych cech i słabości. Wspólne wachty też bardzo zbliżają nas do siebie. Czasem spędza się wiele tygodni stojąc za sterem, nawigując i wypatrując niebezpieczeństw. Zwykle jest to dwanaście godzin dziennie. Na małych jednostkach wachty są dwuosobowe. Teraz wyobraź sobie ile można dowiedzieć się o drugiej osobie, spędzając z nią dwanaście godzin dziennie podczas wspólnych wacht. Wtedy ludzie się poznają, otwierają, rozmawiają o wszystkim. To jest bez wątpienia niesamowite.


Towarzyszył ci kiedyś naprawdę głęboki żal, smutek, kiedy rozstajesz się z danym miejscem, ludźmi?

Mam taki żal za każdym razem kiedy wracam z morza. Zanim zdążę się dobrze pożegnać, już brakuje mi ludzi, z którymi żeglowałam. Gdy wracam do domu brakuje mi dosłownie wszystkiego. Szumu wody, kołysania fal, wybierania żagli. Potrzebuję czasu by się przyzwyczaić. Po powrocie często dzwonię i piszę do załogi, która została na morzu. Pewnego rodzaju żal czułam też gdy ostatnio wracałam z Ukrainy. Ale to był zupełnie inny rodzaj żalu. Pojechałam tam przeprowadzić wywiady i zrobić zdjęcia. Widziałam poległych, rannych, poszkodowanych. Ludzi, którzy w wyniku wojny czasem stracili rękę, czasem nogę, a czasem brata. Rozmawiałam z parą zwyczajnych obywateli Ukrainy, młodych ludzi, którzy jeszcze dwa lata temu mieli piękne plany na życie. Odłożyli pieniądze, chcieli podróżować, posiadali podobne marzenia do moich własnych. Ale przyszła rewolucja, a później wojna. Odłożone pieniądze przeznaczyli na pomoc rannym i tym co zostali bez dachu nad głową. Sami zrezygnowali z marzeń, by uczestniczyć w procesach, które kształtują teraz ich państwo. Zrobiło mi się wtedy wstyd, że u nas w Polsce ludzie nie potrafią docenić tego co mają i narzekają na co tylko popadnie, podczas gdy ledwie za naszą granicą rozgrywają się prawdziwe dramaty.


Zastanawiasz się czasami czy jednak nie lepiej odłożyć dyktafonu, kamery, aparatu, bo po prostu... Nie wypada?

Kiedyś prowadziłam wywiad z amerykańskim żołnierzem, weteranem wojen w Iraku i Afganistanie. Szybko przemienił się on w bardzo osobistą rozmowę. Było w niej wiele dramatyzmu. Mężczyzna opowiedział mi historię swojego życia, ale ostatecznie poprosił bym jej nie publikowała. Nie opublikowałam. Jednak taka sytuacja była możliwa dlatego, że wywiad robiłam na potrzeby własnej strony internetowej. Mogłam w każdym momencie zmienić decyzję. Gdybym prowadziła ten wywiad na zlecenie gazety lub portalu, musiałabym trzymać się wyznaczonego schematu i konkretnej tematyki. Ryszard Kapuściński zawsze powtarzał, że reporter musi mieć w sobie dużo empatii i starać się zrozumieć ludzi, ale jednocześnie pamiętać, że ma pracę do wykonania. Sama jestem zwolenniczką podobnego złotego środka. Wszystko jest znamienne i zależy od sytuacji. Czasem trzeba schować dyktafon do kieszeni, a czasem należy nagrywać mimo wszystko. Zawsze jednak powinno to odbywać się z szacunkiem do innych ludzi.


Przed każdym wyjazdem robisz sobie listę zadań, celów do wykonania?

Przed większością. Przed każdym reporterskim wyjazdem robię dokładny research, tworzę sieć kontaktów i wyszukuję rozmówców. Podczas takich wyjazdów chcę zrobić maksimum dobrego materiału w stosunku do długości wyjazdu. Przed wyprawą czytam dużo książek, uczę się też na pamięć rozmieszczenia najważniejszych skrzyżowań i ulic. Jeżeli mogę sobie na to pozwolić, to zwykle etap przygotowywania trwa u mnie dłużej niż sam wyjazd. Nie wszystkie moje podróże mają jednak taki charakter. Gdy płynę w morze zwykle po prostu analizuję trasę, sprawdzam prognozy pogody, czytam locje. Przeglądam mapy, szukam wraków i innych ewentualnych niebezpieczeństw. Kiedyś też sporo podróżowałam po Europie, bardziej turystycznie. Często wyjeżdżałam wtedy z moim ówczesnym chłopakiem. Dzieliliśmy się zadaniami. Ja zawsze zajmowałam się znajdywaniem tanich lotów i noclegów. On natomiast szukał ciekawych miejsc, które można zobaczyć i sporządzał mapy dotarcia do nich. To był świetny sposób ponieważ każdy miał swój dział planowania i ten etap szedł bardzo sprawnie. Czasem lubię też wyjechać z namiotem, zupełnie spontanicznie, bez planu. Przeżywam wtedy niesamowite przygody, ale rzadko przywożę tak dobre materiały i zdjęcia, jak wtedy gdy wszystko zaplanuję. Zawsze coś odbywa się kosztem czegoś innego.

Twoja największa pamiątka z wyjazdów to...?

Dla mnie największą pamiątką jest mój własny dziennik. Oprawiony w skórę, z papieru czerpanego. Dostałam go kiedyś w prezencie by towarzyszył mi podczas wędrówek. Zabieram go w każdą podróż, opisuję w nim swoje przemyślenia. Chociaż zdarzają się takie wyprawy, że nie mam czasu napisać nic ponad kilka zdań. Są daty i miejsca. Po stylu pisma przypominam sobie jakie towarzyszyły mi uczucia w momencie notowania. Czy się śpieszyłam, czy pisałam spokojnie. Czy towarzyszył mi strach, czy euforia. Każdy wpis to dla mnie żywe wspomnienie. Od razu widzę siebie na pustyni, w dżungli, albo w porcie. Wpisują się tam także ludzie, których spotykam podczas swoich podróży. Czasem jest to tylko imię i nazwisko, czasem cytat, a czasem ich własne, głębsze przemyślenia. Trzymam tam również suszone liście herbaty, które przywiozłam z Palestyny. Kartki są przesiąknięte ich zapachem. Na końcu znajduje się cytat: "Dokąd zmierzamy my, którzy przemierzamy pustkowia w poszukiwaniu lepszych siebie."

Patrycja, dziękuję ci bardzo za twoją opowieść

Więcej na fanpage "Archiwa Podróży".

Trwa ładowanie komentarzy...